Obiecałam sobie, że w tym roku walentynki będą takie jak powinny być. Oto krótka lista, którą zrobiłam pośpiesznie, i przede wszystkim z nudów w gimnazjum, kiedy to mój pierwszy chłopak(cóż z niego był za romantyk) wysłał mi moją pierwszą WALENTYNKĘ. Niestety siusiumajty z nas jeszcze wówczas były, więc na życzeniach i kartkach się kończyło. Tak więc oto, powstała lista moja, może nie osobista zawierająca STALOWE ZASADY ŚWIĘTOWANIA WALENTYNEK(już jako osoba dorosła, o ironio).
- Z FACETEM - jednym, tylko i wyłącznie. Ewentualnie z kilkoma, ale nie w tym samym czasie. Wieczór z przyjaciółką w pluszowym piżamach, przy popcornie, maratonie romansideł(byłam pieprzoną masochistką) NIE JEST WALENTYNKAMI. Jest to zawsze lepsza alternatywa niż wypisywanie na facebooku o tym jak strasznie jesteśmy alternatywni i nienawidzimy walentynek(ale byłam głupia), bo przecież kto inny kocha nas bardziej niż nasze przyjaciółki - nasze mamy, i nikt więcej.
- ŁADNE UBRANIE - koronki, spódniczki, kokardki, szpilki. Zauważyłam pewną tendencję do zakładania koloru czerwonego, ale może to tylko moje spostrzeżenie. Musimy być piękne, bo mamy dla kogo być piękne, a wszyscy wokół muszą o tym wiedzieć bo rzucamy po oczach tym romantycznym blaskiem, niczym naklejka WOŚPu.
- SŁODKIE PREZENTY - drobiazgi, kicze, tandety, ale bez nich to święto nie byłoby tak wyjątkowe! No bo przecież każda z nas zawsze chciała dostać bukiet róż, pluszowego misia z serduszkiem i ogromną bombonierkę. Są to niezbędne rekwizyty walentynkowe. Co z tego, że takowego misia rzucimy w kąt po tygodniu. Ma być, i koniec.
- WINO - najlepiej w restauracji, najlepiej w eleganckiej, najlepiej do wytwornego dania, przypominającego figurę geometryczną ( ryż w kształcie stożka - od razu lepiej smakował, mr ).
- PIESZCZOTY - publiczne uściski, całowanie się, trzymanie za dłoń. W końcu jest to legalne.
I w tym roku pierwszy raz od ZAWSZE miałam okazję spełnić wszystkie powyższe zasady.
Ale kobiety zmienne są więc mój upór i lewa noga, którą wstałam zniweczyły mi i Kubolinie romantyczne plany. Zamiast pięknej sukienki założyłam na siebie wymiętolony tshirt. Nie nałożyłam ani grama makijażu, gdzie nawet siedząc w domu zdarza mi się go zrobić - to pewnie wyjaśnia czemu w Złotych zostałam zaczepiona przez jakiegoś wesołego Pana Żulika, który zagaił do mnie : PODERWAĆ CIĘ?
Zamiast prezentu mój miły dostał półdniowego focha, a zamiast wina napiłam się piwa.
Za 2,49.
Z przyjaciółką, ale bez popcornu.
Przynajmniej jeden punkt wypełniliśmy. I to też na swój własny, alternatywny sposób.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz